Wracają do łask "kominy" - nie, nie zostajemy kominiarzami i kalendarzy drukowac nie będziemy :)
Ale stare dobre okrycie głowy i szyi w jednym święci powoli swój wielki come back na salony czy też w tym wypadku na głowy.
Zatem idąc z duchem czasu wybrałyśmy się z protoplastką po włóczkę do mojego ulubionego sklepu.
Towar wymacanym wygłaskany i dowieziony z radością do domu.
I co dalej?
Pytanie jak najbardziej słuszne, ponieważ lubię dziergac na drutach, ale zazwyczaj dziwolągi mi wychodziły i czym prędzej wracałam do szydełka.
Myślę sobie - ok kolejna próba.
I musze przyznac, że jestem z niej zadowolona i to bardzo.
Modelka jak jeździec bez głowy - wybaczycie mi to mam nadzieję, ale nie każdy chce swoją facjatę pokazywac wszem i wobec, dlatego wedle życzenia coś się do twarzy przykleiło :)
Komin robiło się rewelacyjnie, prędko i jakoś tak po jednym czułam na tyle niedosyt, że już dziergam drugi, tylko w innym odcieniu, natomiast z tej samej włóczki.
Rezultat oczywiście pojawi się tutaj jak tylko skończę.
Chyba jest to szalo-komin, bardzo mi się podoba! Z jakiej włóczki robiłaś?
OdpowiedzUsuńMoże to teraz tak się nazywa, za moich czasów mówiło się po prostu komin i już :)
OdpowiedzUsuńWłóczka Nella - jestem nią zachwycona.